Jesteś wieszakiem, czy kobietą?
W sumie gdyby jad zazdrości jakim pluje tak wiele kobiet naprawdę był wstrzykiwany w ich tyłek, kiedy myślą, że rośnie w chwili krytykowania innych pań to rozumiałam ich logikę. Niestety tak się nie dzieje.
Nigdy nie zrozumiem tej jednej cechy zarówno młodszych, w moim wieku oraz starszych koleżanek. Każda z nas chce czuć się dobrze. Czuje się dobrze, kiedy podoba się samej sobie. Tylko niestety moje drogie, niektórym z Was mocno pomieszało się w główkach.
Od długiego czasu obserwuję zaciekłą walkę. Kobiety kontra ich odbicia w lustrze. Walczą różnymi sposobami. Najczęściej ich biust czy pośladki podnoszą się i nabierają lepszych kształtów kiedy skomentują sylwetkę innej kobiety. Muszę zmartwić. Może to zabrzmi boleśnie... Może życie niektórych z Was wywróci się do góry nogami, ale tak nie jest.
Jeszcze śmieszniejsza jest walka tzw. "wieszaków" z "plus size".
Serio? Wszystkie hasła w stylu "tak wygląda prawdziwa kobieta" powinny być karane, bo nikt a już na pewno nie jedna kobieta drugiej nie ma prawa mówić co jest, a co nie jest kobiece. Ta próba umniejszenia wszystkim tym, które wyglądają inaczej jest niczym innym jak błaganiem o przyznanie racji tylko po to, żebyś Ty, mając inny typ sylwetki poczuła się lepiej.
Dobra, rzucę jakimś dowodem.
Od razu zaznaczę, żeby uniknąć niedomówień. Nigdy nie miałam nadwagi ani kompleksów związanych z wyglądem zewnętrznym. Miałam za to ogromny problem z samopoczuciem.
Jakoś w okresie przedmaturalnym spojrzałam na siebie, na swoje zachowanie i stwierdziłam "dobra, ktoś tutaj jest na najlepszej drodze, żeby za parę lat stać przed półką i zastanawiać się co lepsze Whiskas czy Royal?" Wiecznie rozdrażniona, niezadowolona z życia, dół, brak energii a na dodatek w automacie nie ma ulubionego batonika.
Postanowiłam, że coś z tym zrobię. Po powrocie ze szkoły przebrałam się, rozłożyłam matę i zaczęłam ćwiczyć z Chodakowską. Poczułam się z tym na tyle dobrze, że treningi stały się codziennością. Zaczęłam odżywiać się zdrowo, raz na jakiś czas pozwalając sobie na coś słodkiego.
I nagle bum, poleciałam z wagi. Każdego dnia widziałam jak moja sylwetka zmienia się, a ja dzięki endorfinom mam w sobie radość i chęć życia.
Wielu ludzi zagadywało, mówiło miłe rzeczy, ale najczęściej byli to koledzy. Dziewczyny były bardziej sceptycznie nastawione. Konkurs wygrała koleżanka, która stwierdziła, że teraz wyglądam "jakby ta duża głowa była z trudem dźwigana przez to chude ciało", serio to powiedziała.
Dla jasności, wcale nie pytałam ją o opinie.
Z kolei inna koleżanka spojrzała na mnie i z najszczerszym uśmiechem powiedziała, że wyglądam świetnie, że promienieje radością i że wyglądam zdrowo.
Jak myślisz, która z nich była tą, za którą oglądają się faceci? Która z nich kipiała pewnością siebie, radością? Która z nich nie czuła potrzeby, żeby pluć jadem bo wiedziała, że nie musi. Czuła się dobrze sama ze sobą, zdawała sobie sprawę z tego, że jest piękna i nie ma potrzeby umniejszać komuś żeby poczuć się lepiej.
Abstrahując już od bardzo częstego zjawiska gdzie ludzie szukają w otoczeniu tych "innych, którzy mają gorzej", żeby poczuć się lepiej to jednak tej ciągłej wali kobiet z kobietami nie potrafię logicznie pojąć. Jeśli ktoś mi wytłumaczy setki negatywnych komentarzy pod zdjęciami modelek zarówno 0 jak i +SIZE to będę wdzięczna.
Kobiecość nie jest weryfikowana za pomocą wagi. To widać w gestach, sposobie poruszania, pewności siebie. Ten grymas, kiedy widzisz "obleśnie grubą babę", która jeszcze ma czelność twierdzić, że jest kobieca nie nadają żadnej z tych cech.
Bez popadania w skrajności. Nie jestem za propagowaniem anoreksji czy chorobliwej otyłości. Marzę jednak, żeby ani stan chorobowy ani nic innego nie było narzędziem do odbierania kobiecości. Do wydawania osądów, kiedy w przypadku dominujących liczbowo, heteroseksualnych facetów to oni, czy tego chcemy czy nie oceniają naszą kobiecość i na jej podstawie podejmują kroki lub wycofują się. Nie wierz w głupie gadanie zawistnych kobietek, że "facet nie pies, na kości nie poleci", bo statystycznie rzecz biorąc finalnie "każda potwora znajdzie swego amatora". Całemu światu nie da się podobać, a nie kończy się on na opinii innych kobiet.
Krzywdzące jest jednak to, że gdybym została nazwana wieszakiem to teoretycznie, mimo że to jawne uprzedmiotowienie mało kto zrozumiałby moje zbulwersowanie. Jednak gdybym odparła, że opinia grubej lochy mnie nie obchodzi to wiadomo w kogo leciałyby kamienie...
Zatem nie ma żadnego typu sylwetki, który można przypisać "prawdziwej kobiecie".
Zatem żadna z nas nie jest ani wieszakiem, ani spasioną świnią, każda jest człowiekiem.
Zatem żadna z nas nie ma prawa dopuszczać się uprzedmiotawiania czy animalizacji.
Zatem kończymy ten wpis i zastanawiamy się wspólnie co możemy zrobić, żeby poczuć się lepiej we własnym ciele nie plując przy tym jadem, który w oczach żadnego faceta nie dodaje kobiecości.

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna